Dość długo się zbierałem do napisania jakiegoś tekstu i pomyślałem sobie, że to będzie dobry temat na sam początek mojego bloga.
Więc o co chodzi z tym 7% zysku rocznie?
Fundusze inwestycyjne mówią: inwestując pieniądze na 10 lat masz szansę na 7% zysku średnio rocznie. Deweloperzy mówią: kup mieszkanie i zarabiaj do 7% rocznie (niektórzy to w ogóle używają stwierdzenia „gwarancja 7% zysku”). Pamiętam jeszcze czasy gdy na lokatach można było zarobić 5% – może to nie 7%, ale też się ludzie cieszyli. No właśnie, ludzie są zadowoleni bo zarabiąją potencjalnie 7% rocznie. Zastanówmy się nad tym przez chwilę. Znajdzie się grupa ludzi, którzy uznają, że inwestowanie jest ryzykowne, ale warto dla 7%. Będzie jednak o wiele więcej osób, które powiedzą: „no nie, przecież inwestując można stracić, więc 7% to za mały zysk by ryzykować”. Zgadzam się z tą drugą grupą, ale sam należę do trzeciej.
Kilka lat temu postanowiłem sam sprawdzić jak to jest z tym inwestowaniem. Moja przygoda zaczęła się na przełomie 2013 i 2014 roku kiedy to stanąłem przed Komisją Nadzoru Finansowego by zdać egzamin, by móc sprzedawać produkty inwestycyjne dla jednej z zagranicznych korporacji. Wtedy też wierzyłem w to głęboko, że 6%-7% to dobry wynik. Czas płynął, ja zacząłem sam inwestować na Giełdzie Papierów Wartościowych (GPW) i na rynku kryptowalut. Skupię się na GPW, by nie wzbudzać emocji związanych z kryptowalutami i nie słuchać, że moje wyniki są zaburzone, bo stopy zwrotu z Bitcoina są „nierealne”. Tutaj chciałem podziękować koledze, którego spotkałem na kursie „Projektowanie i produkcja gier wideo” w Warszawie, a który „zjadł zęby” na inwestowaniu w gry (nie tylko komputerowe). To właśnie z nim zacząłem się wymieniać wiedzą, co spowodowało zwiększenie mojego zainteresowania giełdą papierów wartościowych.
Jak to zwykle w życiu bywa, im więcej czasu się poświęca jakiejś tematyce tym ma się więcej pytań i widać więcej nieścisłości między reklamami w internecie a życiem. Na szczęście prawda okazała się bardziej przychylna niż się mogło wydawać. Na początku myślałem, że może to szczęście, może ja po prostu lubię matematykę i cyfry dlatego osiągam lepsze wyniki. Potem zacząłem spotykać ludzi, którzy też mają lepsze wyniki. Następnie zacząłem czytać literaturę fachową, szukać innych źródeł niż te co „google” pokazuje jako „najlepsze wyniki” i okazało się, że gdzie nie popatrzę to mówi się o wyższych stopach zwrotu. No i tak sobie to zacząłem analizować o co chodzi z tymi trendem, że ludzie wierzą w to, że 6-7% rocznie to dobry wynik. Jako, że analiza ryzyka inwestycyjnego jest czymś dla mnie oczywistym, bo przez wiele lat pracując w branży cyberbezpieczeństwa robiłem dziesiątki analiz ryzyka dla klientów, tak sobie pomyślałem: dlaczego klient miałby się godzić na 7% zysku rocznie zakładając ryzyko inwestycyjne na poziomie 25% rocznie, a może i 50%? 7% za, 50% przeciw? No chyba nie. Analiza ryzyka inwestycyjnego mówi wprost: jak ryzykujesz 100 zł to musisz mieć szansę zarobić 200 zł, a najlepiej 300 zł. No to ma sens. Jak ryzykuje 10% to muszę mieć szansę zarobić 20% – to brzmi rozsądnie. Tak właśnie jest w świecie profesjonalnych funduszy hedging’owych. Jak pewnie zauważyliście użyłem słowa „hedging” bo tak właśnie określa się profesjonalne spółki inwestycyjne.
Więc idąc dalej, to ile oni tam zarabiają rocznie skoro nie 6-7%?
Taki przeciętny fundusz hedgingowy ma od 10% zysku rocznie (mówimy tu o zysku wypłaconym dla klienta), takie dobre mają 20%, 25% czasem 30%. Zdarzają się czasem wirtuozi jak Jim Simons i jego Medallion Renaissance Investments, który od 32 lat ma wyniki dodatnie ze średnią stopą zwrotu 39,1% (wynik spółki to 66,1%, ale oni biorą 44% z zysku! Są najlepsi na świecie, więc mogą…). Tu chciałem zaznaczyć, że to są spółki obracające miliardami, a czasem nawet setkami miliardów dolarów. Są też mniejsze spółki, mniej znane osiągające podobne stopy zwrotu – o ile nie większe bo wbrew pozorom im się ma więcej pieniędzy tym trudniej osiągać duże stopy zwrotu. Jak się domyślacie to są firmy, które obsługują tylko tych bardzo bogatych. Dla nich klient, który ma 10 milionów dolarów to często za mały klient…
Tutaj rodzi się pytanie: skąd taka różnica?
My tu się cieszymy bo zarobiliśmy 5%, 6% no może 7% a Ci wielcy zarabiają po 20%? 30%? 40%? Myślałem nad tym wiele lat i jakbym rozpisał wszystko co mi przychodzi do głowy to potrzebowałbym kolejnej kartki więc skrócę to do kilku zdań: wielkie korporacje stosują dużo tricków, aby zniechęcić przeciętnego Kowalskiego do inwestowania pieniędzy, bo z dużą pewnością okazałoby się, że bez nich można to robić o wiele lepiej. Idąc dalej – jak Pan Kowalski zorientuje się, że co 4 lata może mieć dwa razy więcej pieniędzy to może dojść do wniosku, że nie potrzebuje kredytu z banku bo umie przecież sam zarobić na ekstra wydatki.
Podsumowując:
Smutne jest to, że „Duży Świat” chce, aby biedni ludzie byli nadal biedni.
Pozytywne jest to, że wcale nie jest tak trudno przejść „na jasną stronę mocy” i zacząć inwestować.