Patrząc na skalę ogólnoświatową, jesteśmy wychowani w środowisku biednym, bądź średnio zamożnym, gdzie nie ma tradycji inwestowania przekazywanej z pokolenia na pokolenie. Wychowują nas media (radio, telewizja, Internet).
Każdy z nas usłyszał tysiące razy zdanie: „weź kredyt na [coś tam], dogodne raty!” „weź dziś, zapłać dopiero jutro” itp., itd. Nikt z nas w tych reklamach nigdy, ale to nigdy nie usłyszy: „pamiętaj, że kredyt wiąże się z dużym ryzykiem finansowym”. Jesteśmy za to bombardowani komunikatami w stylu: „inwestowanie wiąże się z ryzykiem”. Nikt w tych reklamach nie mówi o szansach, spokojnej przyszłości czy swobodzie jaką daje inwestowanie.
Może pora przyjrzeć się na liczbach jak to tak naprawdę jest z tym ryzykiem?
Weźmy dla przykładu 100 000 (sto tysięcy) złotych potrzebne na wkład własny pod kredyt hipoteczny na mieszkanie.
Jeżeli zainwestujemy 100 tysięcy na giełdzie, to nasze ryzyko wynosi maksymalnie 100 tysięcy (przy czym warto dodać, że jest to wartość zawyżona, bo spółki akcyjne nigdy nie osiągają wartości zero). Ryzyko inwestycyjne maleje z biegiem czasu i po 4-5 latach jak się zainwestowało w 20-25 różnych spółek (lub/i kryptowalut), to w zasadzie ryzyko jest żadne (dzięki dywersyfikacji). Jak damy spółkom czas, aby mogły się rozwijać, to za 10 – 15 lat można się spodziewać wyniku ponad 1 milion złotych (a to i tak wariant dosyć „konserwatywny”).
Jeżeli te same 100 tysięcy wydamy na wkład własny (20% ceny mieszkania za 500 tysięcy) to zostaje nam 400 tysięcy kredytu (pozostałe 80% ceny) + 400 tysięcy odsetek – czyli kupujemy mieszkanie tak naprawdę za 900 tysięcy. Mówimy potocznie „kupujemy”, chociaż nic nie kupujemy, tylko bierzemy na siebie zobowiązanie na 800 tysięcy (tyle jesteśmy winni bankowi z tytułu kredytu i odsetek), które dopiero po dokonaniu jego pełnej spłaty daje nam własność mieszkania. W przypadku gdy stracimy zdolność kredytową bank sprzeda mieszkanie (za jakieś 400 tysięcy), a my zostaniemy bez dachu nad głową, bez naszych 100 tysięcy wpłaty własnej i z długiem wobec banku na pozostałe 400 tysięcy.
Oznacza to, że biorąc kredyt na mieszkanie mamy ryzyko inwestycyjne na poziomie około 500 tysięcy.
Ciekawe (a może wręcz dziwne) jest to, że jesteśmy wychowywani w społeczeństwie, w którym twierdzi się, że ryzyko utraty 100 tysięcy złotych (giełda) jest gorsze niż ryzyko utraty 500 tysięcy złotych (kredyt hipoteczny). Przyjęło się, że branie na siebie większego ryzyka (kredytu) to ta „bezpieczniejsza droga”, chociaż jest to wbrew logice i brak w tym uzasadnienia ekonomicznego.
Zarówno w pierwszym jak i drugim przypadku, aby doszło do utraty pieniędzy musi wydarzyć się jakaś tragedia w naszym życiu, która spowoduje, że musimy mieć dostęp do większej gotówki (poważna choroba, wypadek, brak pracy przez bardzo długi okres).
Jeżeli wydarzy się to zaraz po zainwestowaniu, to można po prostu wypłacić pieniądze z giełdy. W przypadku kredytu nie jest już tak łatwo – tej decyzji nie da się tak swobodnie cofnąć…
Jeśli coś wydarzy się później, np.: po 4-5 latach, to z giełdy wypłaca się potrzebne pieniądze (przeważnie wystarczy wypłacić tylko zyski) i zapomina o sprawie, a w przypadku kredytu stajemy się bankrutami (nie mamy ani pieniędzy, ani nieruchomości, tylko dług do końca życia)… No, nie chciałbym tego przeżyć na własnej skórze.
Reasumując: gdybyśmy byli wychowywani w bogatym społeczeństwie, słyszelibyśmy reklamy: „Inwestuj, bo to daje szanse w życiu i broń boże nie ryzykuj braniem kredytu”. Oczywiście nigdy nie usłyszymy takiej reklamy i większość społeczeństwa będzie brała kredyty, a tym samym skazywała się na ogromne ryzyko destabilizacji finansowej przez całe życie…