bear case is the best case czyli kiedy kupują bogaci

Kto z nas nie uwielbia promocji. Jak wchodzimy do naszego ulubionego sklepu i widzimy napis „wyprzedaż (-70%)” wpadamy w szał zakupowy. To dość oczywisty mechanizm – coś nam się podoba, wiemy, że 100 zł to było trochę za drogo, ale za 30 zł to grzech nie kupić! Kupujemy więc kilka sztuk, tak na zapas.

Niesamowite jest to, że jak dochodzi do dokładnie takiej samej sytuacji na giełdzie (obojętnie czy mówimy o spółkach akcyjnych czy o rynku kryptowalut) to zachowujemy się odwrotnie. Boimy się kupić, bo jest tanio, za to uwielbiamy kupować jak jest drogo. Jak się człowiek nad tym zastanowi to jest to dość absurdalne…

Ile razy zdarzyło wam się, że weszliście do swojego ulubionego sklepu i powiedzieliście: „o super tylko dzisiaj moje ulubione adidasy kosztują o 50% więcej niż ostatnio jak tu byłem!”. Albo: „O, dzisiaj mogę za jeansy zapłacić o 100% więcej niż w zeszłym kwartale, ale super!”

A często tak dokładnie zachowujemy się na giełdzie: gdy cena akcji wynosi 100 zł nie robimy nic. Natomiast jak cena zaczyna frunąć do góry do 200 zł, 300 zł to nikt się nie zastanawia dlaczego tak się dzieje, tylko zaczyna kupować. Nie zastanawia się: „czy ja czasem właśnie słono nie przepłacam?”. Nie, bo w sumie to ja nie wiem dlaczego ta cena poszła do góry. Potem przychodzi spadek ceny i również nie wiem dlaczego cena spada, więc nie wiem do jakiego poziomu może spaść, więc może trzeba sprzedać, by „uratować” kapitał. W sumie to w ogóle nie wiem co robię i liczę na jakiś cud. Cuda nie tutaj, nie ta branża.

Tak właśnie ludzie tracą pieniądze na giełdzie (każdej). Nie przez przypadek tylko 20% osób na giełdach zarabia, a 80% traci. Podstawą dla każdego inwestora powinna być dogłębna analiza aktywów jakie zamierza nabyć (akcje, kryptowaluty, metale szlachetne itp.), niestety mało kto to robi (poniżej 10% osób).

Ilość ekspertów, guru i magików sprzedających magiczne kursy, sygnały, tipy, alarmy wzrasta wraz ze wzrostem cen na giełdzie i bardzo szybko spada, jak ceny lecą w dół. Gwarantuje Wam, że jeżeli bessa utrzyma się na giełdzie kryptowalut jeszcze przez sześć miesięcy to 95% tych „ekspertów” zniknie (zresztą wielu z nich już się rozpłynęło).

W mediach cisza, jak się coś pojawi to raczej wydźwięk jest negatywny: cena Bitcoina spada, to już jest koniec, nie będzie kryptowalut, wszystkie wasze pieniądze stracone! A tu nagle pojawiają się bardzo duże transakcje – ktoś kupuje tanio, i to często za paręset milionów dolarów, a po nim następny, i następny… W tym miejscu powstaje pytanie: „Kurde, wszyscy mówią, że to już koniec, a bogaci kupują. Co jest grane?”. W sumie to nic nowego 🙂 Bogaci zawsze kupowali tanio i nie słuchali mass mediów, bo to oni je tworzą… Duże kapitały zwane są „market maker” – to oni nadają rytm i kierunek. Oni decydują co mają napisać media tak, by na tym zarobić, czyli albo nam sprzedać drogo jakieś aktywa, które kiedyś kupili tanio, albo nas przestraszyć i wyrwać nam po taniości Bitcoiny, na które tak ciężko musieliśmy pracować.

Rynek kryptowalut to rynek młody, dynamiczny, pełny emocji, jednym słowem idealne miejsce by „starzy wyjadacze” grali nam na emocjach i wykorzystywali naszą niestabilność emocjonalną do wahań cen na rynku.

Nie bądźmy „dawcami kapitału”. Stabilność emocjonalna to najważniejsza cecha inwestora.

Myśl, patrz co robią duże kapitały, realizują swoją strategię, nie słuchaj mediów, a dobrze na tym wyjdziesz. Przypominam stare, dobre powiedzenie: „giełda to miejsce, w którym pieniądze przechodzą od niecierpliwych do cierpliwych”.

Weź kredyt, bo inwestowanie wiąże się z ryzykiem – czyli historia naszego życia opowiedziana z innej perspektywy

Patrząc na skalę ogólnoświatową, jesteśmy wychowani w środowisku biednym, bądź średnio zamożnym, gdzie nie ma tradycji inwestowania przekazywanej z pokolenia na pokolenie. Wychowują nas media (radio, telewizja, Internet).

Każdy z nas usłyszał tysiące razy zdanie: „weź kredyt na [coś tam], dogodne raty!” „weź dziś, zapłać dopiero jutro” itp., itd. Nikt z nas w tych reklamach nigdy, ale to nigdy nie usłyszy: „pamiętaj, że kredyt wiąże się z dużym ryzykiem finansowym”. Jesteśmy za to bombardowani komunikatami w stylu: „inwestowanie wiąże się z ryzykiem”. Nikt w tych reklamach nie mówi o szansach, spokojnej przyszłości czy swobodzie jaką daje inwestowanie.

Może pora przyjrzeć się na liczbach jak to tak naprawdę jest z tym ryzykiem?

Weźmy dla przykładu 100 000 (sto tysięcy) złotych potrzebne na wkład własny pod kredyt hipoteczny na mieszkanie.

Jeżeli zainwestujemy 100 tysięcy na giełdzie, to nasze ryzyko wynosi maksymalnie 100 tysięcy (przy czym warto dodać, że jest to wartość zawyżona, bo spółki akcyjne nigdy nie osiągają wartości zero). Ryzyko inwestycyjne maleje z biegiem czasu i po 4-5 latach jak się zainwestowało w 20-25 różnych spółek (lub/i kryptowalut), to w zasadzie ryzyko jest żadne (dzięki dywersyfikacji). Jak damy spółkom czas, aby mogły się rozwijać, to za 10 – 15 lat można się spodziewać wyniku ponad 1 milion złotych (a to i tak wariant dosyć „konserwatywny”).

Jeżeli te same 100 tysięcy wydamy na wkład własny (20% ceny mieszkania za 500 tysięcy) to zostaje nam 400 tysięcy kredytu (pozostałe 80% ceny) + 400 tysięcy odsetek – czyli kupujemy mieszkanie tak naprawdę za 900 tysięcy. Mówimy potocznie „kupujemy”, chociaż nic nie kupujemy, tylko bierzemy na siebie zobowiązanie na 800 tysięcy (tyle jesteśmy winni bankowi z tytułu kredytu i odsetek), które dopiero po dokonaniu jego pełnej spłaty daje nam własność mieszkania. W przypadku gdy stracimy zdolność kredytową bank sprzeda mieszkanie (za jakieś 400 tysięcy), a my zostaniemy bez dachu nad głową, bez naszych 100 tysięcy wpłaty własnej i z długiem wobec banku na pozostałe 400 tysięcy.

Oznacza to, że biorąc kredyt na mieszkanie mamy ryzyko inwestycyjne na poziomie około 500 tysięcy.


Ciekawe (a może wręcz dziwne) jest to, że jesteśmy wychowywani w społeczeństwie, w którym twierdzi się, że ryzyko utraty 100 tysięcy złotych (giełda) jest gorsze niż ryzyko utraty 500 tysięcy złotych (kredyt hipoteczny). Przyjęło się, że branie na siebie większego ryzyka (kredytu) to ta „bezpieczniejsza droga”, chociaż jest to wbrew logice i brak w tym uzasadnienia ekonomicznego.

Zarówno w pierwszym jak i drugim przypadku, aby doszło do utraty pieniędzy musi wydarzyć się jakaś tragedia w naszym życiu, która spowoduje, że musimy mieć dostęp do większej gotówki (poważna choroba, wypadek, brak pracy przez bardzo długi okres).

Jeżeli wydarzy się to zaraz po zainwestowaniu, to można po prostu wypłacić pieniądze z giełdy. W przypadku kredytu nie jest już tak łatwo – tej decyzji nie da się tak swobodnie cofnąć…

Jeśli coś wydarzy się później, np.: po 4-5 latach, to z giełdy wypłaca się potrzebne pieniądze (przeważnie wystarczy wypłacić tylko zyski) i zapomina o sprawie, a w przypadku kredytu stajemy się bankrutami (nie mamy ani pieniędzy, ani nieruchomości, tylko dług do końca życia)… No, nie chciałbym tego przeżyć na własnej skórze.

Reasumując: gdybyśmy byli wychowywani w bogatym społeczeństwie, słyszelibyśmy reklamy: „Inwestuj, bo to daje szanse w życiu i broń boże nie ryzykuj braniem kredytu”. Oczywiście nigdy nie usłyszymy takiej reklamy i większość społeczeństwa będzie brała kredyty, a tym samym skazywała się na ogromne ryzyko destabilizacji finansowej przez całe życie…

Fenomen sygnałów i copy tradingu

Zdjęcie ze strony „Who is best broker”.

Wszyscy marzą o szybkich zarobkach, więc ktoś wymyślił na to odpowiedź: sygnały i copy trading. Na niektórych platformach używa się zamiennie frazy copy trading i social trading, generalnie to to samo.

Na początek może co to jest „sygnał” – jak sama nazwa wskazuje jest to wiadomość wysłana do użytkownika z informacją kiedy i co kupić (często jeszcze po jakiej cenie). Sygnały oczywiście zawierają również informacje kiedy to coś sprzedać. Na przykład: „kup akcje firmy XYZ za cenę $1.40, a sprzedaj za $1.80”. No i pięknie jak to się uda to mamy zysku 28% ($1.80 / $1.40 daje wynik +28%), szybko, sprawnie zostaniemy bardzo bogaci. Ale czy na pewno? A co jeżeli nasz magiczny sygnał się pomyli i cena pójdzie w przeciwnym kierunku? Osoby korzystające z takich usług zwykle nie wiedzą nic o giełdzie, więc jest to dla nich wspaniała droga to straty pieniędzy.

Korzystanie z sygnałów oznacza, że klient (tak, jesteś klientem firmy, która sprzedaje sygnały; nie, nie jesteś wtedy inwestorem) musi być przyklejony do telefonu lub komputera bo musi sam kliknąć [kup] lub [sprzedaj].

Znaleziono na to rozwiązanie i połączono sygnały z automatycznym procesem zakupu i sprzedaży. Nazwano to „copy trading” czyli kopiowanie ruchów kont, na których ktoś podobno zarobił pieniądze. Specjalnie tak to napisałem, bo nie jesteśmy w stanie sprawdzić czy ktoś „po drugiej stronie” rzeczywiście zarobił, czy to nie był fart i czy w ogóle taki człowiek istnieje… Przecież każdemu może się udać zarobić na jakiejś kryptowalucie czy na akcjach przez przypadek. Wcale to nie oznacza, że ta osoba jutro nie straci tych pieniędzy, bo ona nadal nie wie co robi. No, ale danego dnia czy danego tygodnia nasza platforma pokaże jaki to wspaniały inwestor/trader się trafił i „kliknij tutaj” by włączyć copy trading i od teraz już na zawsze będziesz zarabiał tyle co on.

Jak nie wierzycie, że tak to działa to zastanówcie się jak to jest, że Elon Musk wrzucił na Twitter informacje, że Tesla przestaje akceptować Bitcoiny i nagle mamy drastyczny spadek cen Bitcoina. W ciągu kilku dni poszła lawina automatycznej sprzedaży z milionów kont. Sprzedaży dokonało ponad 5 milionów kont na całym świecie, wszystkie te osoby kupiły Bitcoina w ciągu ostatnich 3 miesięcy. Wszystko to bardzo młodzi „inwestorzy”. Jakby się tak zastanowić, to czy oni naprawdę wszyscy patrzą na Elona Muska jak na wyrocznie? No nie, ale ludzie kupujący kryptowaluty są dość młodzi, oznacza to, że każdy ma smartfona i internet. Większość z nich zobaczyła reklamę sygnałów i copy trading. Ogromna ilość korzysta z tego „wspomagacza” (niektóre portfele nawet dają częściowo taką usługę za darmo). Teraz wyobraźcie sobie jak to działa na wyobraźnię: dostajesz notyfikacje co godzinę z wielkim czerwonym napisem: „Bitcoin spadł o 5%!”, „Ethereum spadło o 7%!”. Niektóre aplikacje całe migają na czerwono jak cena spada, normalnie jakbyśmy grali w jakąś grę gdzie ktoś nas zaraz zabije… Zaryzykuje stwierdzeniem, że gdyby nie copy trading i sygnały nie byłoby tak głębokiej zapaści na rynku kryptowalut w ostatnim czasie (-54%).

Reasumując: żaden profesjonalny trader nie korzysta z sygnałów. Żaden profesjonalny trader nie pokazuje na czym planuje teraz zarobić, więc nigdy w życiu nie sprzeda Wam żadnych „sygnałów”. Sprzedaż usług z sygnałami, tak samo jak sprzedaż usług „copy trading” to jest bullshit dla mas – nikt na tym jeszcze nigdy nie zarobił (no może z pominięciem tego, kto wam to sprzedaje :)) Większość kont, które się promuje w internecie, które sprzedają „copy trading” to nieistniejące osoby podpięte do globalnych botów, które wysyłają im informacje.

„Copy trading” ma tylko jedno zadanie – zwiększyć zyski właściciela tej usługi. Popatrzcie jakie to jest genialne: kupuje sobie akcje firmy „X”, chciałbym aby te akcje poszły do góry, więc muszę znaleźć wielu chętnych by również kupili te akcje. Jeżeli mam dużo osób, które kupiło ode mnie usługę „copy trading” to oni mają na tyle pieniędzy, że podbiją cenę akcji, które ja kupiłem jako pierwszy. Czyli nie dość, że oni mi podbili cenę bym ja mógł zarobić to jeszcze mi za to płacą. Genialne, nie? W konsekwencji teraz jak ja sprzedaję akcje to zarobię najwięcej, a reszta sprzeda później niż ja, więc część zarobi o wiele mnie niż ja, a większość kupiła już na tyle drogo, że jeszcze przy sprzedaży straci. Widziałem już artykuły, w których opisywano sprawy przeciwko sprzedawcom sygnałów i copy tradingu (w końcu ktoś zauważył, że to jest naciągactwo).

Warto wiedzieć jak coś, z czego chcemy skorzystać, działa i świadomie decydować w co inwestujemy nasze pieniądze pamiętając, że droga na skróty (a za taką należy uznać sygnały i copy trading) zwykle nie daje pożądanych efektów.

Jak zwykle zapraszam do naszej grupy na facebooku:

>>> LUŹNO O KRYPTOWALUTACH <<<

Fakty i mity na temat profesjonalnych traderów

Jak to czytasz to zakładam, że wiesz jaka jest różnica między platformą brokerską, a giełdą i jesteś z wiedzą już „trochę dalej”.

Jeżeli nie wiesz lub jeszcze nie czytałeś mojego wprowadzenia do rynku kryptowalut to polecam najpierw przeczytać:

>> Kryptowaluty – garść informacji na początek <<

Zacznijmy może od tego kto to jest inwestor, kto to jest trader i czym się oni różnią.

Generalnie każdy kto inwestuje pieniądze czyli kupuje coś na dłużej (przynajmniej na 6 miesięcy) by w przyszłości sprzedać drożej jest inwestorem. Najpopularniejszymi inwestycjami wśród osób fizycznych są nieruchomości i metale szlachetne. To są inwestycje długofalowe, w przypadku nieruchomości mówimy o 20-30 latach, przy metalach bezpiecznie jest mówić o 10 latach. W skrócie dłuższy okres, cena musi iść do góry by zarobił.

Trader jest trochę ciekawszy bo nie jest „sentymentalny”. Co to znaczy? Trader gra za lub przeciwko i jest mu to obojętne czy cena spada czy rośnie. Trader analizuje i szacuje czy cena pójdzie do góry czy w dół i zarabiać może zarówno na wzrostach jak i spadkach (piękno instrumentów pochodnych). Trader w przeciwieństwie do inwestora skupia się na krótszych ruchach. Standardowo pozycje otwiera się na 20 do 60 dni. Używa się słowa pozycje bo można grać za lub przeciw (słowo „inwestuje” do tego nie pasuje bo inwestować oznacza liczyć na zwiększenie się ceny). Trader skupia się na tym co się stanie na giełdzie w danym kwartale, obojętnie czy mówimy o kryptowalutach czy o spółkach akcyjnych. Traderzy szukają powodów, dla których coś ma urosnąć lub spaść zaraz, a nie za 5 lat.

Skupię się teraz na tym, jaka jest prawda o byciu traderem. Wokół tego zajęcia narosło wiele mitów. Istnieje mylne wrażenie, że jest to zajęcie proste, nie wymagające gruntownej wiedzy i zrozumienia rynku. Najwyższa pora zdementować te błędne informacje 🙂

Jest takie przekonanie wśród początkujących traderów (czasami na początku osoby nie wiedzą czy w zasadzie będą traderami czy inwestorami), że otwieranie pozycji na kilka godzin albo na kilka dni to dobry pomysł. Wynika to z tego, że jest cała masa „darmowych” filmów / kursów na YouTube czy innych portalach, które twierdzą, że „za darmo” nauczą Cię jak zostać traderem i będziesz zarabiać pieniądze jak na amerykańskich filmach… Prawda jest taka, że jak się codziennie otwiera i zamyka pozycje to najwięcej zarabia broker i/lub giełda, a nie Ty. Pamiętacie taki film „Wilk z Wallstreet”? Główny bohater (Jordan Belfort) zarobił ogromną ilość pieniędzy właśnie dlatego, że pracował dla firmy brokerskiej (potem sam założył swoją). Zarobił on właśnie na tym, że ludzie chcieli inwestować/trade’ować, a on przekonywał ich do kupowania często różnych rzeczy i zgarniał przy tym wielkie prowizje… Obecnie jest większa konkurencja, więc prowizje się bardzo zmniejszyły, ale musimy pamiętać, że nadal każdy zakup lub/i sprzedaż wiąże się z prowizjami (co najmniej dwie przy zakupie i dwie przy sprzedaży).

Jeżeli jakaś platforma reklamuje się „zero commission” to wcale nie oznacza, że to jest bez prowizji. Po prostu u brokera jak się otwiera kontrakt/kupuje akcje to płaci się kilka różnych prowizji, a „commission” to jest tylko jedna z nich. „Spread” czy „swap points” to też są prowizje chociaż specjalnie się ich tak nie nazywa, bo jak wytłumaczyć klientowi, że ma zapłacić 3 albo 4 różne prowizje jak kupił tylko jedną rzecz?

Łatwo więc zrozumieć dlaczego uczy się ludzi by często kupowali/sprzedawali (najlepiej codziennie) – generuje to większe prowizje i zarobek dla brokerów i giełd… Ja zawsze się pytam znajomych: „czy nie zastanawiało Was to, że ktoś daje Wam wiedzę za darmo jak zarobić miliony na giełdzie?”. Nawet jak ten kurs kosztuje tysiąc, albo dwa, to co to jest dwa tysiące złotych za kurs jak zarabiać setki tysięcy albo miliony na giełdzie? Brzmi to dziwnie, bo jest dziwne (żeby nie powiedzieć „podejrzane”).

Zauważcie, że pod każdym kursem za darmo są linki afiliacyjne czyli „polecenia”. Jak zarejestrujecie konto z polecenia to broker/giełda w podziękowaniu część swoich prowizji odda partnerowi handlowemu. Brzmi to raczej jak dział sprzedaży, a nie nauczanie jak „grać” na giełdzie.

Nie jest tajemnicą również, że ogromna ilość osób ze świata finansów zarobiła o wiele więcej pieniędzy na sprzedaży swoich kursów „jak skutecznie inwestować” niż na inwestowaniu.

Podsumowując: same kursy nie wystarczą, trzeba jeszcze zdobyć doświadczenie. To trochę jak ze studiami – fajnie je mieć bo daje to podstawy teoretyczne, teraz trzeba się tylko nauczyć praktyki… Wszystko przychodzi z czasem. Aby być pewnym przy podejmowaniu decyzji na giełdzie trzeba mieć za sobą kilka lat wzlotów i upadków (tak, profesjonalni traderzy/inwestorzy też popełniają błędy). Jest takie powiedzenie, że aby nie popełniać błędów wystarczy mieć dużo doświadczenia, ale aby mieć dużo doświadczenia trzeba było wcześniej popełnić dużo błędów. Człowiek się uczy na błędach, niestety tylko na swoich, nie cudzych.

Zapraszam do naszej grupy na Facebooku:

>> Luźno o kryptowalutach <<