Portfel sprzętowy jako wygodna i bezpieczna forma przechowywania kryptowalut

Na wstępnie może kilka słów o tym czym jest portfel sprzętowy. Portfel sprzętowy (hardware wallet) to urządzenie przypominające pendrive, ale tak naprawdę to komputer do podpisu cyfrowego. Niektórzy z was mieli lub mają takiego „pendrive” z banku – trzeba to podłączyć do komputera, aby zrobić przelew. No więc portfel sprzętowy to mniej więcej właśnie to, tylko takie lepsze, nowsze 🙂

W przypadku podpisu cyfrowego generowanego samemu (przypadek portfeli sprzętowych do kryptowalut) nikt nie ma dostępu do Waszych środków. To jest bardzo pożądana cecha 🙂 Musimy natomiast pamiętać, że skoro my jesteśmy odpowiedzialni za nasze środki, to powinniśmy je odpowiednio zabezpieczyć. Kopia bezpieczeństwa to bardzo ważna rzecz, ponieważ gwarantuje ona nam dostęp do środków jeżeli zapomnieliśmy hasła lub zgubiliśmy/zniszczyliśmy urządzenie.

Wg mnie powinniśmy mieć zawsze dwie kopie fizyczne (papier lub inny nośnik, na którym możemy zapisać 24 słowa) i ewentualnie jedną kopię cyfrową.

Jeżeli nie mamy kopii bezpieczeństwa, a zniszczymy nasz portfel, zgubimy go, zostanie nam ukradziony to tak jakbyśmy wyrzucili sztabkę złota przez okno z 10 piętra. Nie liczyłbym na to, że ją odzyskamy. W zależności od środków na koncie wersje papierową szyfrujemy lub nie. Pamiętajmy, by kopie fizyczne znajdowały się w różnych lokalizacjach. Kopia, która leży w tym samym mieszkaniu co oryginał w przypadku pożaru zostanie również zniszczona.

Kopia cyfrowa powinna być szyfrowana zawsze. Nawet jeżeli mamy szyfrowany dysk, to ja dodatkowo szyfruje dane na przykład w excelu. Musimy pamiętać, że „wirusy” komputerowe nadal są modne i atakują konta bankowe i kryptowalutowe. Tak, może niektórym się wydawać, że to przesada, ale niejedno już w życiu widziałem 🙂 Jak zabezpieczacie dane popatrzcie na to w ten sposób: jakbym zabezpieczył te dane gdyby były one warte 10 albo 100 razy więcej? Historie o Bitcoinach kupionych w 2015 roku, nie do odzyskania ze względu na zgubione klucze, niech będą naszą przestrogą.


Jak kupić sobie czas

Mówi się, że czas to jedyna rzecz, której nie możemy kupić, ale czy na pewno?

Każdy z nas gdzieś pracuje, jak nie na dla kogoś, to pracujemy dla samych siebie prowadząc swoją firmę czy spółkę. Spędzamy w pracy średnio od 10 do 12 godzin dziennie (wliczając dojazd do pracy). Oczywiście niektórzy z nas pracują dłużej bądź krócej, niemniej jednak na naszą pracę poświęcamy prawie połowę swojego życia.

Może i czasu nie da się kupić, ale da się pracować mniej, czyli można czas zaoszczędzić by wykorzystać go do ciekawszych celów niż nasza praca.

Pytanie: jak to zrobić?

Są różne sposoby, np. delegowanie zadań (w przypadku bycia przedsiębiorcą), ale jest taki jeden sposób, który działa dla każdego: zatrudnić swoje pieniądze by pracowały na ciebie.

Czy będzie to kupienie Bitcoina, Ethereum, czy innych kryptowalut, czy będą to udziały w spółkach, nie ma większego znaczenia – ważne by z roku na rok zatrudniać co raz więcej pieniędzy by te pracowały na naszą rzecz.

Na początku głównym źródłem naszego utrzymania będzie wypłata wynagrodzenia, ale z roku na rok wpływy z giełdy będą bardziej widoczne. Po pewnym czasie wpływy z giełdy będą stanowiły 20% naszego budżetu, potem 50%, aż kiedyś się okaże, że jest to prawie 100% i nasza praca w sumie średnio jest nam potrzebna.

Policzyłem kiedyś w Excelu, że osoba zarabiająca miesięcznie 5 tysięcy zł na rękę, inwestując co miesiąc przez 10 lat po 500 zł (10% swojego dochodu, 6 tys zł rocznie) po 20 latach będzie milionerem. Mówię tu o naprawdę przeciętnych stopach zwrotu – jak ktoś będzie dobry to zrobi to o wiele szybciej.

Reasumując: inwestowanie (zatrudnianie naszych pieniędzy) jest najlepszą drogą do posiadania większej ilości czasu dla siebie (urlop 3 razy w roku?), dla swojej rodziny (a może w tym roku urlop 4 razy?), podróżowania, uprawiania sportu, zajmowania się swoim hobby i wszystkim innym na co wcześniej nie mieliśmy czasu, a chcieliśmy spróbować.

bear case is the best case czyli kiedy kupują bogaci

Kto z nas nie uwielbia promocji. Jak wchodzimy do naszego ulubionego sklepu i widzimy napis „wyprzedaż (-70%)” wpadamy w szał zakupowy. To dość oczywisty mechanizm – coś nam się podoba, wiemy, że 100 zł to było trochę za drogo, ale za 30 zł to grzech nie kupić! Kupujemy więc kilka sztuk, tak na zapas.

Niesamowite jest to, że jak dochodzi do dokładnie takiej samej sytuacji na giełdzie (obojętnie czy mówimy o spółkach akcyjnych czy o rynku kryptowalut) to zachowujemy się odwrotnie. Boimy się kupić, bo jest tanio, za to uwielbiamy kupować jak jest drogo. Jak się człowiek nad tym zastanowi to jest to dość absurdalne…

Ile razy zdarzyło wam się, że weszliście do swojego ulubionego sklepu i powiedzieliście: „o super tylko dzisiaj moje ulubione adidasy kosztują o 50% więcej niż ostatnio jak tu byłem!”. Albo: „O, dzisiaj mogę za jeansy zapłacić o 100% więcej niż w zeszłym kwartale, ale super!”

A często tak dokładnie zachowujemy się na giełdzie: gdy cena akcji wynosi 100 zł nie robimy nic. Natomiast jak cena zaczyna frunąć do góry do 200 zł, 300 zł to nikt się nie zastanawia dlaczego tak się dzieje, tylko zaczyna kupować. Nie zastanawia się: „czy ja czasem właśnie słono nie przepłacam?”. Nie, bo w sumie to ja nie wiem dlaczego ta cena poszła do góry. Potem przychodzi spadek ceny i również nie wiem dlaczego cena spada, więc nie wiem do jakiego poziomu może spaść, więc może trzeba sprzedać, by „uratować” kapitał. W sumie to w ogóle nie wiem co robię i liczę na jakiś cud. Cuda nie tutaj, nie ta branża.

Tak właśnie ludzie tracą pieniądze na giełdzie (każdej). Nie przez przypadek tylko 20% osób na giełdach zarabia, a 80% traci. Podstawą dla każdego inwestora powinna być dogłębna analiza aktywów jakie zamierza nabyć (akcje, kryptowaluty, metale szlachetne itp.), niestety mało kto to robi (poniżej 10% osób).

Ilość ekspertów, guru i magików sprzedających magiczne kursy, sygnały, tipy, alarmy wzrasta wraz ze wzrostem cen na giełdzie i bardzo szybko spada, jak ceny lecą w dół. Gwarantuje Wam, że jeżeli bessa utrzyma się na giełdzie kryptowalut jeszcze przez sześć miesięcy to 95% tych „ekspertów” zniknie (zresztą wielu z nich już się rozpłynęło).

W mediach cisza, jak się coś pojawi to raczej wydźwięk jest negatywny: cena Bitcoina spada, to już jest koniec, nie będzie kryptowalut, wszystkie wasze pieniądze stracone! A tu nagle pojawiają się bardzo duże transakcje – ktoś kupuje tanio, i to często za paręset milionów dolarów, a po nim następny, i następny… W tym miejscu powstaje pytanie: „Kurde, wszyscy mówią, że to już koniec, a bogaci kupują. Co jest grane?”. W sumie to nic nowego 🙂 Bogaci zawsze kupowali tanio i nie słuchali mass mediów, bo to oni je tworzą… Duże kapitały zwane są „market maker” – to oni nadają rytm i kierunek. Oni decydują co mają napisać media tak, by na tym zarobić, czyli albo nam sprzedać drogo jakieś aktywa, które kiedyś kupili tanio, albo nas przestraszyć i wyrwać nam po taniości Bitcoiny, na które tak ciężko musieliśmy pracować.

Rynek kryptowalut to rynek młody, dynamiczny, pełny emocji, jednym słowem idealne miejsce by „starzy wyjadacze” grali nam na emocjach i wykorzystywali naszą niestabilność emocjonalną do wahań cen na rynku.

Nie bądźmy „dawcami kapitału”. Stabilność emocjonalna to najważniejsza cecha inwestora.

Myśl, patrz co robią duże kapitały, realizują swoją strategię, nie słuchaj mediów, a dobrze na tym wyjdziesz. Przypominam stare, dobre powiedzenie: „giełda to miejsce, w którym pieniądze przechodzą od niecierpliwych do cierpliwych”.

Weź kredyt, bo inwestowanie wiąże się z ryzykiem – czyli historia naszego życia opowiedziana z innej perspektywy

Patrząc na skalę ogólnoświatową, jesteśmy wychowani w środowisku biednym, bądź średnio zamożnym, gdzie nie ma tradycji inwestowania przekazywanej z pokolenia na pokolenie. Wychowują nas media (radio, telewizja, Internet).

Każdy z nas usłyszał tysiące razy zdanie: „weź kredyt na [coś tam], dogodne raty!” „weź dziś, zapłać dopiero jutro” itp., itd. Nikt z nas w tych reklamach nigdy, ale to nigdy nie usłyszy: „pamiętaj, że kredyt wiąże się z dużym ryzykiem finansowym”. Jesteśmy za to bombardowani komunikatami w stylu: „inwestowanie wiąże się z ryzykiem”. Nikt w tych reklamach nie mówi o szansach, spokojnej przyszłości czy swobodzie jaką daje inwestowanie.

Może pora przyjrzeć się na liczbach jak to tak naprawdę jest z tym ryzykiem?

Weźmy dla przykładu 100 000 (sto tysięcy) złotych potrzebne na wkład własny pod kredyt hipoteczny na mieszkanie.

Jeżeli zainwestujemy 100 tysięcy na giełdzie, to nasze ryzyko wynosi maksymalnie 100 tysięcy (przy czym warto dodać, że jest to wartość zawyżona, bo spółki akcyjne nigdy nie osiągają wartości zero). Ryzyko inwestycyjne maleje z biegiem czasu i po 4-5 latach jak się zainwestowało w 20-25 różnych spółek (lub/i kryptowalut), to w zasadzie ryzyko jest żadne (dzięki dywersyfikacji). Jak damy spółkom czas, aby mogły się rozwijać, to za 10 – 15 lat można się spodziewać wyniku ponad 1 milion złotych (a to i tak wariant dosyć „konserwatywny”).

Jeżeli te same 100 tysięcy wydamy na wkład własny (20% ceny mieszkania za 500 tysięcy) to zostaje nam 400 tysięcy kredytu (pozostałe 80% ceny) + 400 tysięcy odsetek – czyli kupujemy mieszkanie tak naprawdę za 900 tysięcy. Mówimy potocznie „kupujemy”, chociaż nic nie kupujemy, tylko bierzemy na siebie zobowiązanie na 800 tysięcy (tyle jesteśmy winni bankowi z tytułu kredytu i odsetek), które dopiero po dokonaniu jego pełnej spłaty daje nam własność mieszkania. W przypadku gdy stracimy zdolność kredytową bank sprzeda mieszkanie (za jakieś 400 tysięcy), a my zostaniemy bez dachu nad głową, bez naszych 100 tysięcy wpłaty własnej i z długiem wobec banku na pozostałe 400 tysięcy.

Oznacza to, że biorąc kredyt na mieszkanie mamy ryzyko inwestycyjne na poziomie około 500 tysięcy.


Ciekawe (a może wręcz dziwne) jest to, że jesteśmy wychowywani w społeczeństwie, w którym twierdzi się, że ryzyko utraty 100 tysięcy złotych (giełda) jest gorsze niż ryzyko utraty 500 tysięcy złotych (kredyt hipoteczny). Przyjęło się, że branie na siebie większego ryzyka (kredytu) to ta „bezpieczniejsza droga”, chociaż jest to wbrew logice i brak w tym uzasadnienia ekonomicznego.

Zarówno w pierwszym jak i drugim przypadku, aby doszło do utraty pieniędzy musi wydarzyć się jakaś tragedia w naszym życiu, która spowoduje, że musimy mieć dostęp do większej gotówki (poważna choroba, wypadek, brak pracy przez bardzo długi okres).

Jeżeli wydarzy się to zaraz po zainwestowaniu, to można po prostu wypłacić pieniądze z giełdy. W przypadku kredytu nie jest już tak łatwo – tej decyzji nie da się tak swobodnie cofnąć…

Jeśli coś wydarzy się później, np.: po 4-5 latach, to z giełdy wypłaca się potrzebne pieniądze (przeważnie wystarczy wypłacić tylko zyski) i zapomina o sprawie, a w przypadku kredytu stajemy się bankrutami (nie mamy ani pieniędzy, ani nieruchomości, tylko dług do końca życia)… No, nie chciałbym tego przeżyć na własnej skórze.

Reasumując: gdybyśmy byli wychowywani w bogatym społeczeństwie, słyszelibyśmy reklamy: „Inwestuj, bo to daje szanse w życiu i broń boże nie ryzykuj braniem kredytu”. Oczywiście nigdy nie usłyszymy takiej reklamy i większość społeczeństwa będzie brała kredyty, a tym samym skazywała się na ogromne ryzyko destabilizacji finansowej przez całe życie…